Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2012

Przednówek







W następnym wcieleniu będę żółwiem. Ogromnym żółwiem z twardą skorupą. Jeszcze nie jestem pewna czy wolę być żółwiem morskim czy lądowym. Chyba jednak bardziej wodnym, woda wydaje się mieć jakąś magiczną moc, wycisza i tłumi bodźce, a w następnym wcieleniu domagam się spokoju. Nie bez znaczenia są też mniejsze wahania temperatur. Bo jak poucza Sage ekstremalne zmiany temperatur powodują pęknięcia ("But extreme fluctuations and temperature changes have been known to crack pipes"). Tak jest! Fizyki nie oszukasz. Czyli, że chyba wodnym. Chociaż istnieje pewien szkopuł, żółwie wodne (jako jedyne ze wszystkich gatunków żółwi) nie mogą wciągnąć do skorupy ani nóżek ani ogonka ani nawet główki. I okazuje się, że bycie 500 kg zółwiem wcale nie daje super poczucia bezpieczeństwa. Złapią w sieć, utną kawał łapy i zjedzą. A Ty zostajesz bez kawałka łapy i czekasz na dalsze cięcią, bo tak łatwo nie umierasz, w końcu jesteś blisko pół tonowym zółwiem.

Więc może jednak lądowy. Lądowe też są spoko, mogą wygrzewać się na rozgrzanym piasku. Chociaż przeważnie tego nie robią. Kiedy słońce zbliża się ku zenitowi żółw zbliża się ku bagnistemu miejscu albo kopie sobie jamę w ziemi i tam się ochładza. Ale nie ja, moje zółwie wcielenie będzie prażyć się na słońcu i albo powstanie ze mnie żółwia zupa do serwowania prosto ze skorupy albo susz zółwi jako zapas na cięższe czasy. Mówi się trudno, najwyżej znów trzeba będzie zmieniać wcielenie, ale zimna nie zamierzam doświadczać.



Następne wcielenie zakłada chyba odrodzenie się w przyszłości. Ale jeśli mogłabym pomanipulować sobie czasem to chyba wybrałabym przełom XVII i XVIII wieku. Średniowiecze już minęło, więc nie trzeba się użerać z tymi męczącymi chrześcijanami, a nie nastąpiła jeszcze wzmorzona era wynalazków, więc cisza spokój, żadne tam samoloty nie przelecą mi nad głową, żadna motorówka nie pokiereszuje mi płetw. Poza tym mogę znaleźć się na jakimś innym kontynencie gdzie te epoki porazkładały się inaczej. Tak czy siak, ten przełom wieków wydaje się być najlepszym do bycia zółwiem mojego typu. To właśnie w XVII i XVIII wieku obserwuje się stada żółwi liczące nawet kilka tysięcy zwierzoków. No łał! Byłoby nas galancie. A czy to będąc zwierzęciem ludzkim czy nie-ludzkim potrzebuję stada. W stadzie jest prościej, lepiej, weselej. Stado 4 life! A jak za mocno przekombinuję z tym czasem to mogę zawędrować naprawdę dawno dawno. Bo żółwie są starsze od dinozaurów! I żaden szlag ich nie trafił. Ani kometa, ani meteoryt, żadna zaraza, powódź, susza. Jaka by to klęska nie była to żółwie się jej nie dały, bo żółwie lubią sobie pożyć - pożyć powoli, spokojnie, długo i przyjemnie. Tak! Żółw to doskonały wybór!


I oczywiście będę panem żółwiem a nie panią żółwicą. Żadnego znoszenia jaj! Duża żółwica musi znieść nawet do 150 jaj! I jeszcze wykopać dołek, żeby je tam pomieścić. A potem martwić się o te wszystkie dziecioki. Co to to nie! Żadnego zamartwiania się. Nie wrócił na noc to nie wrócił. W sumie może ta ponad setka nie jest taką złą liczbą. Nie idzie się połapać. Poza tym taki zółwiczek jest miniaturką zółwiska i od momentu, w którym przebija skorpę zębem jajowym radzi sobie sam. Lepiej być mamą zółwika niż jakiegoś nieporadnego i nieusłuchanego ssaka. A jak już mnie spotka to nieszczęście bycie panią zółwiową to wszystkie swoje jaja będę znosić w miejscach stosunkowo zimnych i wilgotnych. Znowu się okazuje, że taka żółwiowa ma większy wpływ na swoje życie niż ja i może wybrać czy będzie mieć dziewuchy czy chopoków czy może i to i to. Nazwa trochę jak z nauk przedmałżeńskich u katoli: termincza regulacja płci. Chcę zółwio-córeczki wbijam na miejscówę suchą i cieplutką, chcę żółwio-syneczków wbijam w miejsce chłodniejsze, a jak marzy mi się mix to wybieram lęgowisko z umiarkowaną pogodą. Ale spoko! A wracjąc do katoli to żółw błotny uchodził kiedyś za przysmak postny. Brrr! Poza tym kiedyś chrześcijanie uważali zółwia za symbol początku zła, ale potem coś im się odmieniło i stwierdzili, że jednak będzie symbolem skromności małżeńskiej. Powinni obejrzeć sobie jakiś film przyrodniczy, na którym żółwie namiętnie się ruchają (najlepiej mój ukochany serial "Dzika Rosja", jurne kaukaskie zółwie nieźle sobie poczynają) i powrócili by do teorii zła. Hell yeah!





Można pomarzyć! Życie na wyspach Galapagos, na Krecie albo na Zanzibarze. Słońce, złoty piasek, lazurowe morze, błękit nieba i palmy. Dużo palm. Palmy kokosowe i bananowce.  Ale pewnie zamiast dostojnym żółwiem, mogącym schować się do skorupy, kiedy warunki stają się niesprzyjające zostanę jakąś małą brzydką rybką w Kołymie albo Lenie. Zmagająca się z super zimnem, super nurtem i super głodem i duchami miliona zeków spoczywających na magadańskiej ziemi. Albo babuszką hodującą ziemniaki w wiecznej zmarzlinie. Hodowla na sposób. Donice nad ziemią albo fermentujące krowie łajno. No trudno, jak ma nie być lekko to nie będzie. Przynajmniej będę miała złote zęby. Przecież nie na próżno Kołyma jest złotym sercem Rosji.

Przecież cinżko nie znaczy źle.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Zwierzę bezprzymiotnikowe

Paul Francis, raper z Providence w Rhode Island nie bez powodu przybrał pseudonim Sage. Typ ma łeb na karku i zawsze sypnie jakąś mądrością. Ostatnio zapodał taką: >>Dogs are "man's best friend" because we were able to break their independent spirit. And men love stuff like that.<< Ambiwalencja. Najlepsi przyjaciele nie są od tego, żeby coś w nich łamać. A pieski i kotki to w ogóle kocham odkąd sięgam pamięcią. Pieski i kotki kocha też cała Polska i jakieś mniej więcej pół świata, co najmniej pół. Pomijając jakieś patologiczne przypadki wleczenia psa husky za autem dopóki nie odpadła mu głowa, pomijając psy porzucone w lasach, koty zakatowane przez dzieciaki i jeszcze kilka innych patologii to kochamy zwierzaki. Patologie wobec psów i kotów spotykają sie z dużym oburzeniem opinii społecznej, wyrażającym się chociażby przez Marsze Nie-milczenia. Celebryci fotografują się ze swoim pupilami i w dobrym tonie jest podkreślanie miłości do swojego Miśka czy Reksia.


Jednak kwestia zwierząt domowych nie jest taka oczywista. Pupile są od nas całkowicie zależni i podporządkowani. Są niewolnikami. W prostej interpretacji można stwierdzić, zwierzę jest żywą istotą, która ma prawo do bycia wolną. Więzienie jej nawet w najlepszych warunkach nadal jest zniewoleniem. Tym bardziej, że często to co postrzegamy za dobre warunki niewiele ma wspólnego z naturalnymi potrzebami zwierzęcia. Rozmnażanie zwierząt dla rozrywki, dla naszego dobrego samopoczucia jest nie w porządku. Wszystkie hodowle psów, rasowe koty, wystawy, selekcja zwierząt – wszystko to wydaje mi się wielce wątpliwe z moralnego punktu widzenia. Szczególnie w świetle tego, że wg raportu NIK z 2011 w samym tylko bytomskim schronisku umarło 2 138 zwierząt, można sobie to przemnożyć na skalę zjawiska w Polsce. Zatem rzeczywistość jak na razie trochę rozwiewa dylemat czy możemy traktować zwierzęta jako swoich towarzyszy, ograniczając im możliwość zaspokojenia naturalnych popędów w zamian za opiekę i niezłe warunki. Mamy opcje przygarnięcia zwierzęcia, które potrzebuje pomocy, nie napędzamy biznesu rozwodowego, właściwie ratujemy psiaka czy kota przed śmiercią/wegetacją w ciasnym boksie, a sami zyskujemy pupila. Prosta kalkulacja. Życie kontra śmierć. Wygrywa życie. Przepełniony boks w schronisku kontra ciepły kocyk przy łóżku kochającej pańci. Wygrywa kocyk. Ale przechodząc od praktyki do teorii. 

Mam psa. Pies jest oczywiście z odzysku. Z przytuliska fundacji Azyl. (Polecam Fundację http://fundacjaazyl.eu/). Pies jest nażarty, wysikany, zaszczepiony, zdrowy, ma swoją obróżkę, legowisko, obietnicę dożywotniej opieki i chyba jest całkiem zadowolony. Mimo to od czasu do czasu (a może jednak time after time – raz za razem) nawiedzają mnie niesamowite wyrzuty sumienia wobec niego. Patrzę jak śpi i myślę, że musi być strasznie znudzony swoim życiem. Prawie cały dzień siedzi sam, w czterech ścianach i co on ma tam robić. No śpi, pochłepcze wody, zje chrupka. Przeskoczy z fotela na podłogę, z podłogi na moje łóżko, pokręci się. Spacer nie za długo, nie ma czasu. Pies powinien się wybiegać, ale ucieka, ale może wpaść pod samochód, może pogryźć się z innym psem. No nie ma gdzie się wybiegać. Chodzimy. Chodzimy po szarych chodnikach, przy ruchliwej ulicy. On się szarpie, ja się złoszczę, no ale chodzimy. A może w tym momencie właśnie wolałby spać, a fazę na bieganie ma od godziny 11:30 do 13:45. No może na przykład wtedy ma, ale nie może, cały swój rytm dobowy musi dopasować do mojego. Także tutaj wpisujemy minus, funkcjonowanie zgodnie z własnym rytmem, se ne da. Patrzymy dalej. Obcowanie z przedstawicielami własnego gatunku. Pies pochodzi od wilka, wilk jest zwierzęciem stadnym, pies w związku z tym też. A jakie stado ja mu zapewniam? No ja i on to nie stado, poza tym nie możemy dotrzeć się z hierarchią, niby ja decyduję, ale na drabinie jestem jakby niżej. Coś nie gra. A innych psów, z którym mógłby się pobawić nie ma. Na spacerze raczej średnio. On na smyczy, Burek na smyczy, napięcie a nie przyjazne fluidy. Ja sie boję, że zaraz któryś któregoś użre, pani z naprzeciwka też, no nie pobawią się. Dalej rozkminiam potrzeby mojego psa i jest coraz gorzej. Fundament piramidy Maslowa, potrzeby fizjologiczne. Fizjologia jak najbardziej znajduje zastosowanie u zwierząt, chociaż myślę, że i coś z wyższych poziomów im się należy. Pozostańmy jednak na tym najbardziej podstawowym poziomie – mamy jedzenie (ok), wodę (ok), tlen (ok), sen (aż za dużo), potrzeby seksualne (ups!). No właśnie. Pies nie najmłodszy, ale nadal w sile wieku i wyglądający na całkiem jurnego. No i co zrobić z tym fantem, że pies może chciałby sobie poruchać. Mam mu kupić lateksową sukę? Pewnie by się nie nabrał. Pojawia się pytanie. Czy pies uświadamia sobie swoje potrzeby i czy może frustrować się tym, że nie mogą one zostać zrealizowane. Patrzę na mojego psa kiedy śpi, śni mu się coś, przebiera łapami, przewraca oczami, marszczy pysk. Nie dowiem się jaka projekcja obrazów i emocji w nim zachodzi kiedy tak sobie leży na boku i pochrapuje od czasu do czasu. Może wyobraża sobie sukę sznaucera, o czarnej lśniącej sierści, dwa razy większą od niego, która spotkaliśmy dwa dni temu na spacerze. A może łamie mu sie serce za wilczycą-kundlicą, która mieszka dwa bloki dalej? Z pewnością ani jedno ani drugie. To tylko ludzka tendencja do antropomorfizacji i oceniania wszystkiego przez własny pryzmat. Jednak pytania pozostają. Czy nie uświadomione pragnienie może być źródłem cierpienia? Zdaje się, że tak, tym bardziej, że problem nieuświadomiony to problem nie do rozwiązania – tak to działa w świecie ludzi, a w świecie zwierząt nie-ludzkich? I skąd mamy tą pewność, że zwierzęta nie uświadamiają sobie własnych potrzeb?



Jest też druga strona medalu. Zwierzęta chyba bywają szczęśliwe z człowiekiem. Przynajmniej tak to wygląda. Kontakt z opiekunem sprawia im ogromną przyjemność. Merdają ogonami, robią maślane oczy, szturchają nosem. Ale to przede wszystkim człowiek zyskuje na kontakcie z nimi. Zwierzęta łagodzą samotność, człowiek czuje się potrzebny – szczególnie w przypadku starszych osób pies czy kot może być jedynym towarzyszem wolno płynących godzin. Zwierzęta uczą odpowiedzialności i wrażliwości – to istotne dla dzieciaków, w zasadzie dla wszystkich istotne.




Zwierzęta są też życiem w pigułce. Szczur żyje ok. dwóch lat, w super przyspieszonym tempie przerabiamy dzieciństwo, młodość, dorosłość i starzenie się. Starzenie się i umieranie. Coś strasznie naturalnego. Strasznie! Trudne, może najtrudniejsze przeżycie, ale przecież super ważne. Możemy pogadać o sraniu i ruchaniu, pożartować sobie, ale nie o śmierci. Śmierć mógłby załatwiać ktoś za nas. I do pewnego wieku tak jest. Śmierć dziadków ogarniają rodzice i firma pogrzebowa. Przeważnie. Chronią nas, ale czy na pewno?
Kiedy myślę logicznie to uważam, że zwierzęta są jednostkami, którym należy się prawo do ich własnego życia wolnego od cierpienia, prawo do bycia wolnym. Są kwestie kiedy nie podlega to dyskusji. Zabieranie zwierzętom życia po to, żeby je zjeść czy się w nie ubrać jest poza moim zakresem wyobrażeń. Rozmnażanie rasowych zwierząt, żeby móc przyszpanować czy nie wiem co tam jeszcze (udowodnić sobie, że chart afgański czy inny wyżeł da radę w M3 na 4 piętrze), kiedy setki tysięcy potrzebujących psów i kotów czekają w schroniskach wydaje mi się cokolwiek nie fair. Ale nie wiem czy powinniśmy całkiem odcinać się od kontaktu ze zwierzętami. Może jednak korzyści są obopólne?

środa, 7 września 2011

Oni są gorsi – Zwierzoki w Rosji 2

Na informacje o różnych rosyjskich i w ogóle wschodnich wydarzeniach cześć ludzi Zachodu nadyma się i puszy jak paw. Te wszystkie strony i filmiki w internecie pokazujące panów w stanie spożycia ze wskazaniem na ledwożycie albo pełne zdjęć pań w minióweczkach z ostrym makijażem, niedoróbki budowlane i niedźwiedzie na ulicach. O tak, lubimy sobie na nie popatrzeć. I pomyśleć, a w sumie to i całkiem głośno powiedzieć. „Patrz Pan, jaka tam dzicz, co tam się wyprawia. U nas to cywilizacja w porównaniu do nich”. Tak sobie niektórzy myślą. Ale jak to różne ludowe mądrości mówią, że sprzątanie to najpierw na własnym podwórku sie powinno robić, a nie cieszyć się, że u sąsiada jeszcze większy syf. Ale nie o prządkach tylko o podwójnych standardach, a właściwie to o zwierzętach ma być ten wpis.

 



Jeśli chodzi o niedźwiedzie to potwierdzam. Na rosyjskiej ulicy można spotkać niedźwiedzia. Można spotkać też papugę i małpę. Występują jako atrakcja turystyczna lub bardziej dosadnie jako rekwizyty do zarabiania dzienieg. Niedźwiedzia, a raczej misiaczka spotykam pod Ermitażem. Rosyjski Luwr, przepych złoto, światowa sztuka na najwyższym poziomie. I ten młodziutki niedźwiadek, którego z pewnością pozbawiono pazurów, może kłów, założono mu kaganiec i zmuszono do bycia zabawką, elementem scenografii na zdjęciu z wakacji. Nie robię mu zdjęcia. Na tej samej zasadzie na jakiej nigdy nie zachwycam się rasowym psem, żeby taka pańcia czy pańcio nie pomyśleli sobie, że są tacy fajni spoko. Bo nie są. Kupowanie sobie psa z hodowli jak setki tysięcy umierają w schroniskach uważam za nie zupełnie w porządku. Papuga, małpa i niedźwiedź przed Pałacem Zimowym cieszą się średnim zainteresowaniem. Reakcje też są umiarkowane. Zachwycają się tylko dzieci. Rodzice trochę niecierpliwie ustawiają je do zdjęć. Dzieci chyba wolałyby kontakt z żywą maskotką, a nie kilka kolorowych obrazków na ekranie. Nikt nie protestuje. Nikt nawet nie wydaje się zaskoczony. Rosja to i niedźwiedź. A małpka z papugą gratis.




Wracam do Polski i opowiadam o wczasach w tym dzikim kraju na wschodzie, który większości moich rozmówców kojarzy się z wódką, łagrami, Putinem i matrioszkami. Opowiadam jak poszły mi nerwy na te zwierzoki w centrum Petersburga. Przytakują. A to skurwysyństwo. Niedźwiadka. Misiaczka. Przecież misiaczki są takie urocze. Są urocze. Jest skurwysyństwo.







W mieście, o którym myślę: „miasto jak miasto. dom” mijam zoo w drodze do domu. Z zoo unosi się okropny smród. Skondensowany zapach ekskrementów. Za płotu widzę mały wybieg szumnie nazwany kozią górką. Kóz sporo. Kozy są różnie umaszczone, inna jest też ich długość sierści. Młode i starsze. Wszystkie jednakowo znudzone. Kawałek terenu jaki dla nich przeznaczono jest wydeptany do szarego piachu. Zero zielonego. Koza, która jest fascynującym zwierzęciem o prostokątnych źrenicach, najbardziej lubi obgryzać i skubać. Piochu nie poobgryza i nie poskubie. Kozy cieszą się na widok ludzi, bo to dla nich zapewne jakaś odmiana w ich monotonnym dniu. Ludzie też się cieszą. Dzieciom pokazują. Przyrodę pokazują. Ciało tej kozy jest naturą, ale zachowanie jej już nie jest. To co czuje spędzając całe życie w niewoli nie ma nic wspólnego z tym co czuje ta koza w przyrodzie. Możemy się spierać o to czy lepsze warunki zmieniałyby coś w ocenie tej sytuacji. Możemy się zastanawiać czy gdyby ten niedźwiedź spod petersburskiego muzeum miał zapewnione takie warunki jak np. zwierzę ludzkie będące pracownikiem to czy to coś by zmieniało. Dajmy mu 8 godzin odpoczynku i 8 godzin snu po 8 godzinach pracy. I dorzućmy emeryturę, niech stracę. Czy wtedy będzie fair trzymanie go w kagańcu i na smyczy ku uciesze turystów? Chyba nie bardzo. A te kozy są mniej fajne, że im się nie należy?